Widz widzowi wilkiem
Źródła autoportretu
Dzieło, które mogą Państwo podziwiać obok, wyszło spod mej własnej ręki. Dziękuję, dziękuję, zawsze wiedziałem, że zmarnowałem się na tej polonistyce. Przecież to widać, że drzemał we mnie rasowy grafik komputerowy. Malowidło przedstawia niżej podpisanego redaktora Sajgona w trakcie seansu filmowego. A w taki stan wpadam bynajmniej nie dlatego że obraz niewyraźny, dźwięk nawala, fotel niewygodny, czy oglądana produkcja do bani. To dla mnie małe piwo. Nic nie potrafi mnie tak rozzłościć jak inni przedstawiciele gatunku homo sapiens.
Sajgon w „Sajgonie”
Jedną z sytuacji skrajnych były „seanse lekcyjne”, za moich czasów prezentowane za pomocą VHS. Uściślijmy. Seanse lekcyjne bez obecności nauczyciela. Kolega Sajgon, nota bene już wówczas nazywany Sajgonem, miał wówczas niepowtarzalną okazję do treningu sztuki podzielności uwagi. Trzeba było:
A – przewidzieć trajektorię lotu długopisów, kredy, gąbek, papierów itp. oraz odpowiednio zareagować gdy wchodziło się z nimi na kolizyjną,
B – wystarczająco wcześnie zorientować się w zamiarach kolegi Iksińskiego chcącego zgwałcić wszystkich przez uszy, znienacka maksymalnie podgłaśniając telewizor na kilka sekund,
C – opracować strategię postępowania na wypadek nagłego wtargnięcia nauczyciela,
D – w myśl zasady „przezorny zawsze ubezpieczony” zrozumieć coś z filmu.
Ze szkoły w końcu wyrosłem, lecz to nie oznaczało końca moich kłopotów. Zupełnym fiaskiem zakończyły się nieliczne próby obejrzenia czegokolwiek w szerokim gronie rodzinnym, np. przy okazji Sylwestra. Ostatnio ubawiła mnie do łez reklama ukazująca wielopokoleniową rodzinę zapatrzoną w ekran. Na pewno to nie była moja rodzina, którą skądinąd ubóstwiam, ale obejrzeć się z nią niczego nie da. Toasty, pogaduchy, migrujące napoje bezalkoholowe…
-„To ja może wyłączę, skoro nikt nie ogląda?”
-„Nie! Oglądamy.”
Nakreślone powyżej sytuacje to jednak pikuś. Darmo przyszło – darmo poszło. Czasem jednak lubię sobie podarować odrobinę luksusu i idę do kina. Wielki ekran perełkowy, dźwięk DTS, wygodne fotele, cuda nie widy i w pakiecie … wspomniani już wcześniej homo sapiens. Kilkanaścioro z nich nieźle nacisnęło mi na odcisk.
Nagroda zbiorowa
Sam fakt spóźniania się widzów do kina jest mi obojętny. Zresztą sam ze dwa razy wszedłem kiedy trwał już film. Tyle że od razu usiadłem na fotelu pierwszym z brzegu. Niestety wielu ludzi z jakichś powodów mimo swojego spóźnienia ma fiksację na punkcie siadania na własnym miejscu i nieważne, że na sali jest wiele wolnych, znacznie łatwiej dostępnych. Oni wolą przeciskać się między rzędami radośnie projektując swoje figury na ekran. Kiedy już usiądą, czekam tylko aż dopadną swojego popcornu, bo z reguły to właśnie przez jego zakup się spóźnili. Na popcorn się jednak uodporniłem. W dalszym ciągu nie toleruję natomiast chipsów w szeleszczących torebkach oraz kanapek. Z gatunku „gastronomia na sali kinowej” nie ma dla mnie nic gorszego niż rozchodzący się zapaszek kiełbachy.
Laurki indywidualne
Czas na wyróżnienia dla osób, które najbardziej zatruły mi w kinie życie.
Nagroda III - „A ja wiem co się stanie!”
Dawno, dawno temu, jeszcze w podstawówce wybrałem się na Brzdąca w opałach. To nawet dowcipna komedia powielająca schemat filmów o Kevinie – dziecko (w tym konkretnym przypadku niemowlak) daje wycisk tępym jak młotki, nieśmiertelnym przestępcom. Obok siedział jakiś jeszcze młodszy ode mnie obywatel, dla którego nie był to pierwszy seans tego filmu. Bawił się jednak doskonale, ochoczo informując swoją mamę, babcię, czy kogo tam z kim przyszedł że: „Teraz goryl walnie go w rękę!, „Teraz on spadnie z dachu!”, „Teraz wsiądzie do autobusu!”. Dzięki.
Nagroda II - „Czujcie się jak w domu.”
Film – Quantum of Solace. Główny wróg – parka rasowych kinomanów. Rozumiem, że jak się idzie z kimś do kina (Tfu, na film, NA FILM!) to od czasu do czasu można coś do osoby towarzyszącej szepnąć. Ale jak to mówią, w pewnych sprawach nie można przeginać. Siedząc w pobliżu rzeczonej parki czułem się jak Adaś Miauczyński z Dnia świra. Usiłowałem złapać 15 sekund ciszy, i nie udawało mi się. A co najciekawsze, oni cały czas gadali … o filmie. Zapewne w domowym zaciszu wymienianie się poglądami może ubogacić seans, ale na litość, nie w kinie!
Nagroda I - „Perła przed wieprze”.
Kobitki piorące się po pyskach, czyli Za wszelką cenę Clinta Eastwooda. Dobrze już dobrze, wiem, że ten film jest nie o tym. Ale kilku troglodytów siedzących na sali kinowej tak „głęboko” go odebrało. Byli jednak na straconej pozycji na starcie gdyż to obraz wymagający kilkukrotnie wyższego stopnia ucywilizowania. Na zmianę, w odstępach kilkuminutowych głośno dzielili się z resztą widowni swymi zabawnymi i błyskotliwymi analizami. Przytoczę kilka z nich. Osoby znające „Za wszelką cenę” bez problemów powinny domyślić się jakich partii filmów dotyczyły.
1. „Pinokio!”
2. „O, chyba coś się zepsuło.”
3. „Rodzina Adamsów, hehe.”
Grand Prix - „Hehe, haha, hihi”
Swego największego prześladowcę spotkałem na musicalu Hair Milosa Formana. Na niewielkiej sali zasiadł bowiem pan, którego w tym filmie śmieszyło wszystko. Totalnie, absolutnie WSZYSTKO! Co gorsza jego śmiech był dość donośny. Gdy roześmiał się tuż po nieprzyjemnej, wręcz brutalnej sekwencji, w której facet traktuje matkę swojego dziecka jak śmiecia, po prostu umarłem i poszedłem do piekła.
Jeśli drodzy filmozjadacze również tłumicie w sobie jakieś frustracje związane z tematem, zachęcam do dania upustu w komentarzach. Zrobimy sobie książkę zażaleń. Byle cenzuralnie.

By Sajgon
Nadesłane dnia: 2010.02.05
Wszelkie Prawa Zastrzeżone
Wyłączność do recenzji posiada Serwis www.kinomaniaki.com
Dodane: Piątek, Luty 05, 2010 Recenzent: Sajgon Wynik:      odsłon: 251 Język: pol
|