Kanion - The Canyon (2009)
Produkcja: USA
Gatunek: Thriller
Data premiery: 2009-10-23 (Świat)
Reżyseria: Richard Harrah
Scenariusz: Steve Allrich
Zdjęcia: Nelson Cragg
Muzyka: Heitor Pereira
Od lat: 15
Czas trwania: 102
Obsada:
Yvonne Strahovski - Lori
Eion Bailey - Nick
Will Patton - Henry
| |
Chyba dla nikogo nie będzie zaskoczeniem fakt, że twórcy obrazów grozy nie mają żadnych hamulców w wymyślaniu lokacji, gdzie ma się rozgrywać akcja ich widowiska. Nierzadko jest tak, że to właśnie te najpiękniejsze znane nam punkty na ziemi, stają się w filmowych kadrach śmiertelną pułapką dla bohaterów, niepotrafiących odpowiednio ocenić swoich możliwości. Często podają oni ofiarą głupoty i to nie przez to, że wybrali skrót, czy zapomnieli telefonu (bądź co bardziej prawdopodobne, nie mieli zasięgu), ale po prostu nie pomyśleli o konsekwencji swoich czynów. Słowa te jak ulał pasją do młodego małżeństwa z obrazu pod tytułem „Kanion”. Oni też postanowili poigrać ze śmiercią, a jak skończyli tę rozgrywkę, przekonacie się już za chwilę…
Lori i Nick to świeżo upieczone małżeństwo. Tuż po tym jak się pobrali postanowili wyruszyć w podróż poślubną do Wielkiego Kanionu. Niestety na miejscu okazuje się, że aby zobaczyć ten cud natury trzeba mieć odpowiednie przepustki, a te na obecną chwilę były niedostępne. I kiedy wydawało się, że cała wycieczka poszła na marne, w miejscowym barze spotykają Henry’ego, byłego przewodnika, który niegdyś po tamtejszej trasie turystycznej oprowadzał całe wycieczki. To właśnie on obiecuje im, że załatwi odpowiednie pozwolenia na zwiedzenie kanionu, a dodatkowo może ich po nim oprowadzić. Bez większego namysłu Lori i Nick zgadzają się na jego propozycję i już następnego dnia cała trójka znajdowała się szlaku. Początkowo wszystko przebiegało bez najmniejszych problemów, lecz nieszczęśliwy wypadek, któremu uległ Henry wszystko zmienił. Nie znając drogi powrotnej, nie mając prawie wcale jedzenie i picia nowożeńcy zostają skazani na walkę z naturą, która jak każdy z nas doskonale wie, może być tyleż samo piękna co i okrutna…
„Kanion” to obraz nakręcony przez debiutanta Richarda Harraha. O realizacji tego tytułu mówiło się już od bardzo dawna, jednak coś nieustannie wstrzymywało rozpoczęcie post-produkcji. Zmiany zarówno w obsadzie jak i na stołku reżyserskim sprawiły, że ostatecznie za sterami producenci postanowili posadzić kogoś zupełnie nowego. To oczywiście zawsze wiąże się z pewnym ryzykiem, jednak jak to się zwykło mówić, kto nie ryzykuje ten nie zyskuje. Pan Harrah na „dzień dobry” otrzymał zadanie przeniesienia na duży ekran historii, która z pewnością dysponowała sporym potencjałem. Czy jednak widzowie ów potencjał mogą podziwiać w już gotowym filmie, przekonacie się w dalszej części recenzji…
Produkcja ta rozpoczyna się bardzo typowo. Młode małżeństwo wybiera się w podróż poślubną, której esencją jest obcowanie z naturą i oczywiście cieszenie się sobą. Pozytywna energia rozpalona ogniami wzajemnego uczucia sprawia, że dla Lori i Nicka nie ma rzeczy niemożliwych. Wydaje im się, że mogą zrobić wszystko, a coś takiego jak zakazy, czy jakiekolwiek granice po prostu nie istnieją. Krok jaki wspólnie postawili legalizując związek sprawił, że stali się outsiderami w oczach rodziny (przynajmniej w przypadku Lori, której ojciec za nic nie chciał zgodzić się na ślub). To jednak nie przeszkadzało im, bo mieli siebie, a to przecież jest najważniejsze. Tak odważne postrzeganie świata jest oczywiście czymś pięknym, jednak ten urok ma też cień, cień, który spadł na naszych bohaterów, gdyż chcieli oni przeżyć przygodę znaną im dotąd tylko z filmów. Stąd Wielki Kanion, stąd wątpliwy, niestroniący od alkoholu przewodnik, stąd też kłopoty. Po tym jak Henry zostaje ukąszony przez dwie kobry jednocześnie, umiera, a nowożeńcy, od tej pory wiodący spokojne życie w dżungli tyle, że miejskiej, zostają skazani na walką z matką naturą i własnymi słabościami…
zdjęcia. Wielki Kanion to jedno z najpiękniejszych miejsc na naszej planecie, to cud natury, który zwyczajnie musi oczarować każdego. Rozległe panoramy jakie co chwilę dane jest nam zobaczyć na ekranie potrafią nas zaczarować. Czasami jest tak, że większą uwagę przykładamy do hipnotyzującego piękna skał, niż do głównych bohaterów tej opowieści. To nie tak, że są oni dla nas anonimowi, że wypadają kiepsko, czy coś w tym stylu. Można śmiało powiedzieć, iż jest odwrotnie, to po prostu ten czar kanionu jest tak silny. Będąc przy aktorach, to całą tą produkcję dźwigają trzy osoby, prawdziwy weteran w świecie kinematografii Will Patron, mało znana, lecz z pewnością bardzo utalentowana Yvonne Strahovski oraz pamiętany między innymi z „Podziemnego kręgu” Eion Bailey. Na pierwszy plan wysuwa się tu z pewnością charyzmatyczny Will Patron, znudzony życiem przewodnik, którego już nic na świecie nie jest w stanie zaskoczyć. To on w tych pierwszych, spokojniejszych minutach ciągnie akcję do przodu, dzięki czemu nie doskwiera nam nuda. Sporym plusem jest też realizacją scen z udziałem wilków. Powiem szczerze, że już dawno nie widziałem tak realnie nakręconych sekwencji z udziałem dzikich zwierząt. Nie można mieć też najmniejszych zastrzeżeń do ścieżki dźwiękowej i montażu. Twórcą soundtracku jest tu Heitor Pereira, kompozytor, który ze świetnej strony pokazał się tworząc muzykę do drugiej części kultowego obrazu „Dirty Dancing”. Stąd możecie liczyć na kilka naprawdę solidnych motywów muzycznych, które na dłużej pozostaną wam w głowach.
Niestety to, co najczęściej leży w kinie survivalowym, leży też w „Kanionie”. Chodzi tu oczywiście o zachowanie głównych bohaterów, w wielu miejscach postępujących tak bezmyślnie, że nie w mieście, a na Marsie, mieszkać trzeba, żeby zachowywać się tak jak oni. W tym miejscu wyraźnie widać, wszystkie słabości scenariusza. Pomimo tego, że historia owego pechowego małżeństwa uwięzionego w Wielkim Kanionie dysponowała sporym potencjałem, to już niestety rozwój wydarzeń potencjał ten w dużej mierze pogrzebał. Są momenty, że patrzymy na główne postaci i zastanawiamy się czy obserwujemy w akcji trzydziestolatków, czy trzylatków? Bo choć wygląd mówi co innego, to już tok myślenia jasno dawał do zrozumienia z kim mamy do czynienia. Do słabszych elementów tej opowieści zaliczyć też trzeba całkowity brak oryginalności. Śmiało można powiedzieć, że „Kanion” to produkcja jakich wiele. Choć z pewnością więcej w niej pozytywów niż negatywów, starzy filmowi wyjadacze, ostatecznie poziomem jaki prezentuje ten tytuł mogą być troszeczkę rozczarowani.
Ja na szczęście jakiegoś większego rozczarowanie nie poczułem. Może dlatego, że lubię zgłębiać obrazy, gdzie człowiek o swe życie ostateczną walkę musi stoczyć z naturą. Przepiękne zdjęcia, solidne aktorstwo, kilka naprawdę mocnych scen, muzyka i montaż, to bez wątpienia największe zalety tego tytułu. Gorzej niestety, ma się strona logiczna i brak oryginalności. Czytając opinię na temat tej produkcji często natrafiam na negatywne komentarze dotyczące jej zakończenia. Mi osobiście finisz tej historii bardzo się podobał, gdyż sytuacja była już tak beznadziejna, że faktycznie trzeba było coś poświęcić. Pamiętacie „Mgłę” z 2007 roku? Tam jest podobnie i jakoś do filmu Franka Darabonta nikt nie miał zastrzeżeń. Nie oszukujmy się, w życiu przecież nie zawsze musi być tak barwnie, tak kolorowo jak w Wielkim Kanionie…
Ocena Filmu: 

By MysticMan
Nadesłane dnia: 2010.02.05
Wszelkie Prawa Zastrzeżone
Wyłączność do recenzji posiada Serwis www.kinomaniaki.com
Dodane: Sobota, Luty 06, 2010 Recenzent: MysticMan Wynik:    odsłon: 282 Język: pol
|